|
poniedziałek, 12 marca 2012
Time to say goodbye
Zbierałam się, zbierałam – aż wreszcie poszło. Porzucam blox i spółkę Agora dla Wordpressa. Zobaczymy, jak mi się tam będzie działo ;) Stara, dobra Jagna na nowym, jeszcze lepszym blogu.
Zapraszam!
wtorek, 28 lutego 2012
Dotknięcie halnego, czyli wiosna tuż tuż
Jak to ostatnio Matka Dyrektorka powiedziała, „śnieg się topi, lód znika, duch się niepokoi...". To prawda – ledwie tylko człowiek poczuje cieplejsze podmuchy i już go nosi.
Zanim jednak poniosło jagnieńskiego ducha dalej, na „do widzenia” dość spontanicznie pojechałam z Panią Kaśką zobaczyć nasze kieleckie lodospady. Trąbiła już o nich większość ogólnopolskich mediów, wstydem byłoby siedzieć w domu i ich nie zobaczyć. Jako że był to spontan prawdziwy, Pani Kaśka w kozakach na obcasie lodospady podziwiała z góry. Ja natomiast, w mini-kiecy i butach niekoniecznie odpowiednich do takich celów zjechałam (dosłownie) telemarkiem na dół. Zobaczyłam. Cudo.
Łodzianie eksperymentują. Foto zrobione przeze mnie aparatem Marcina Zajączkowskiego :) Więcej zdjęć (zrobionych już bez mojej „pomocy”) można zobaczyć tutaj.
W Mieście Karków dopadło mnie przeziębienie. Liczyłam, że do wyjazdu odpuści – i się przeliczyłam. W środę koło południa wyruszyłam w stronę gór, z baterią chusteczek oczywiście. W Zakopanem jakoś katar się zmniejszył. Wykład Tomka Nodzyńskiego w pełni przyswojony, wieczorny desant samochodem do Kir dzięki Jarkowi ekspresowy i luksusowy – nic, tylko się cieszyć. Jeszcze przed snem towarzystwo grzecznie i kulturalnie się zintegrowało, po czym pognało do łóżek.
Rano po 7 wyruszyliśmy do Kuźnic. Raki na buty – i w drogę! Co z tego, że szlak był przedeptany i nie tak śliski, żeby zakładać dodatkowy sprzęt? Należało koniecznie wypróbować najnowszy nabytek, który i tak w końcu wylądował przymocowany do plecaka. Jakoś w górnej warstwie lasu dopadła mię słabość – wirowanie w głowie, nudności... Sonia zwolniła, przedreptała za mną, kazała napić się herbaty i iść swoim tempem, rzadziej się zatrzymywać. Poskutkowało.
Koło Boczania wiatr mocno hulał. „No, jeszcze parę kroków, oby się nic nie obsunęło...”, myślałam. Lawinowa trójka, maszerowanie trochę wyżej... i robi się nieco strasznie. Na szczęście dotarliśmy bezpiecznie do Murowańca. Tam, spoglądając przez schroniskowe okno, byliśmy świadkami lawiny... z dachu. Podobnież spadło go odrobinę i zasypało turystę. Tak czy owak, po objaśnieniu, jak posługiwać się sondą i detektorem, wyszliśmy w teren. Pogoda była idealnie niesprzyjająca, ale na kurs lawinowy – w sam raz! Zawiewało przeokrutnie, padał śnieg z deszczem, ale twardzi wolontariusze takich rzeczy się nie boją. Oni w ogóle są nieustraszeni ;) Chwilami, tonąc w śniegu, śmiałam się, jakie to jędrne uda będziemy mieć po takim przedzieraniu.
Tomek ukrywający nam nadajniki. Fot. Sonia Biała
Gdy Tomek pochował nam „paczuszki”, tropiliśmy je niczym psy myśliwskie. I w tym wypadku lepiej poszło niż przed rokiem. Przy grupowym poszukiwaniu było nieco trudniej, ale też daliśmy radę. Potem trochę kopania w śniegu, skoków na śnieżne słupy, co by pokazać, jak się warstwy obsuwają... i koniec. Trzeba było wracać – najpierw do schroniska, później do Kuźnic. – Nie idziemy przez Boczań, tylko przez Jaworzynkę. Jest niebezpiecznie – zakomunikowała mi Magda, gdy dowlokłam się do reszty grupy. Powiało grozą*. Zejście faktycznie okazało się lepsze, tym bardziej, że udało się jeszcze zaliczyć dupozjazd – wszyscy zjechaliśmy na swoich czterech literach, skracając nieznacznie drogę. Mała rzecz, a ile radości.
Kursanci. Fot. Sonia Biała
Wieczorem jeszcze spotkanie w ulubionym Dworcu Tatrzańskim (szatnia bez tony szpargałów wygląda co najmniej dziwnie), wykład o „W stronę Pysznej”, zdjęcia, piwo i powrót do Storczyków.
Tu tylko wspomnę, że w nie do końca jasnych okolicznościach moja piękna laminowana mapa, niedokładna, ale JEDNAK obejmująca Tatry Polskie i Słowackie, wylądowała za piecem. A pieca się odsunąć nie da. Storczyk nr III, jakby komuś się kiedyś udało, to... To mapa jest Jagny :)
Tradycyjnie dziękuję całej ekipie za pozytywną atmosferę, zwłaszcza Sonii za to kryzysowe dreptanie ze mną oraz Magdzie za śniadanie :)
Tyle na dziś. Na więcej nie mam siły. Poniedziałki to męczące dni ;)
*Grozą powiało wtedy naprawdę. Następnego dnia w Dolinie Chochołowskiej (!) zeszła lawina. Wszystko możliwe, jak widać.
Jagna
czwartek, 16 lutego 2012
Jak zostałam twarzą Adidasa
...gwoli ścisłości – twarzą radiową. I nawet na moment włosy ją zasłoniły, czyniąc radiową jeszcze bardziej.
Poranne plany obejrzenia lodospadów uległy gwałtownej zmianie ze względu na pogodę. Całą Polskę nawiedziły zamieje i zawiecie i Kielc dziwnym trafem nie ominęły. Brulion telefonicznie przypomniał o zimowych targach sportowych, więc z Matką Dyrektorką po wstępnym (obowiązkowym!) plotkowaniu pojechałyśmy do miejsca przeznaczenia. Kusiły slajdy Adama Pustelnika, jednak ten niestety nie dojechał na czas. Wyczekujących przy stanowisku Adidasa musiała zadowolić... komora wietrzna. Wciśnięto mi, Brulionowi i Panu RedaktÓrowi kurtki windstopperowe do testowania. Zgromadzeni fotografowie przyklasnęli mojemu wejściu – „Masz długie włosy, to będzie dobrze wyglądało!”. No i zawiało mnie parę razy – przy podmuchach o prędkości 50 km/h kurtka zdaje egzamin. Ciekawe, jakby się sprawdziła na Aconcagui ;) Czekam na resztę zdjęć – o ile mi wiadomo, wyszły wesoło :)
Jeszcze odsłonięta – radość widoczna gołym okiem. Fot. Krzysiek Żołądek. Więcej i w lepszej jakości znaleźć można tutaj Od jakiegoś czasu po pięknie załatwionej sesji siedzę w Kielcówku. Plany oczywiście uległy zmianie, jednak to było do przewidzenia. Dzięki domowym obiadom zaopatrzyłam się w dodatkową warstwę tłuszczu – w sumie to dobrze, przynajmniej jest ciepło. Spotkaniom ze znajomymi i z rodziną nie ma końca. Mój przyjazd został uczczony wyjściem na koncert Justyny Łysak i imprezą w kultowym Tunelu. Na drugi dzień wylądowałam u Pani Kaśki, gdzie świętowaliśmy urodziny rzeczonej. Korzystając z pobytu w Świętej Katarzynie i wspaniałej pogody (nie mylić ze „wspaniałą” temperaturą –20ºC) w niedzielę rano pomknęłam na Łysicę. Zamroziły się włosy, nos poczerwieniał na wzór renifera Rudolfa – ale dla ciszy, skrzypienia śniegu i drzew zrobiłabym to jeszcze raz. O 10 za to siedziałam już w busie do Kielc. Czas mi jakoś uciekł niepostrzeżenie – jeszcze w ostatni piątek pogańską porą ruszyłam z Wycieruchem na Pasmo Masłowskie. Mroziło przeokrutnie, na włosach znów utworzyły się perełki – ALE mam za sobą pierwszy spacer w rakietach śnieżnych. Wycieruch – fan beskidzkich szlaków – zainwestował w karple i pozwolił mi w nich pokłapać chwilę. Było wschodzące słońce, była gorąca herbata, była cisza... i było pięknie. Parę razy pobabrałam się w śniegu jak dzieciak, po czym udaliśmy się w drogę powrotną. O 10 grzaliśmy się już w swoich domach, a Wycieruch machnął przy okazji notkę, po ukazaniu której rozgorzała na facebooku dyskusja... ;)
Poranny marsz na Łysicę (komórkowe :])
Od początku stycznia jest mało czasu na blogowanie, ale planuję częściej tu zaglądać i wrzucać co nieco swoich mądrości. Na szczęście codziennie zdarza się gdzieś komuś coś naskrobać, więc z wprawy nie wyjdę. Z kolei moja kariera w Cztery-Fuj właśnie się zakończyła, niemniej rozstałam się z ekipą w bardzo dobrej atmosferze. Być może uda się wreszcie iść właściwą ścieżką – jednak na razie nie zapeszam.
Ach! Byłabym zapomniała – w Mieście Karków czekają na odbiór urocze raki Climbing Technology, model Raptor. Jak mawia Anusiak – szału ni ma, ale na początek musi mi to wystarczyć. Tak więc moja niewielka mrzonka się spełnia. 22 lutego wybywam w Tatry – ponownie na kurs lawinowy. Mam nadzieję, że tym razem pogoda dopisze i będzie można trochę więcej pobiegać z detektorami i pokopać w śniegu.
Swoją drogą – jagnieńskiemu blogowi stuknął niedawno roczek. Jeśli się uda, zamieszczę małą niespodziankę dla fanów... a nie powiem, czyich :)
Na koniec katowana ostatnimi czasy Sade. Słowo daję, gitara w tym kawałku mnie powala :)
Jagna
sobota, 07 stycznia 2012
Next year, baby
Święta minęły radośnie, choć stanowczo za szybko. W przedwigilijny piątek zjechałam do domu, po śniadaniu z Matką Rodzicielką pognałam do biblioteki, z której wyszłam obładowana knigami, potem sprzątanie, gotowanie... Sobota w podobnych klimatach. W święta odpuściłam sobie jakąkolwiek naukę – trzeci rok z rzędu to już by było za dużo... Spotkanie z Malwą Wrocławską, wreszcie spokojne przejrzenie zdjęć Braciaka z jego wakacyjnych wypraw, zwykłe siedzenie z Mamą. Żal ścisnął to i owo, gdy przyszło wracać. Ale, jak to się mówi – to jest dorosłe życie i trzeba się z nim zmierzyć.
No więc wróciłam. Do pustego akademika, do pustego pokoju. Dobrze, że przywiozłam kwiatka, przynajmniej coś w tym pokoju oprócz mnie żyło. Od rana do wieczora praca, stres przed wizytą w Zakopanem nie pozwalał spokojnie spać. W ostatniej chwili wyluzowałam. Do Zako pojechałam na lajcie, powtarzając standardowe „Niech się dzieje wola nieba...”.
Gwoli ścisłości – zainteresowanym już tłumaczę, jak wyglądał drugi etap konkursowy – złożony z dwóch części, testowej i katalogowej. Test z wiedzy o literaturze tatrzańskiej, topografii, historii eksploracji i udostępniania Tatr oraz o ludziach związanych z Zakopanem i Tatrami. Przy paru pytaniach śmiałam się – z rozpaczy, niemniej myślę, że ta część akurat poszła mi bardzo dobrze. Przy katalogowaniu nastąpiła Wielka Improwizacja. Wiem, wiem, to nie jest nic trudnego, ale gdy pierwszy raz w życiu kataloguje się książki podczas egzaminu, to robi się zabawnie. Na dziesięć osób byłam 7. Pięć pierwszych zaproszono do następnego etapu – rozmowy. Czy było mi przykro? Dziwne, ale nie. Skończę spokojnie studia i... I'll be back. Jedna rzecz, która mi się spodobała, a warto o niej napisać – panowała mega miła atmosfera między aplikantami. W takich warunkach można się starać o pracę... :)
W Sylwestra znów zjechałam do Zakopanego, stamtąd do Chochołowa. Obyło się bez łapania stopa – kulturalnie wsiadłam w busa i przybyłam na miejsce, gdzie od paru dni bawili już Czwórkowicze i czwórkowe satelity. Zabawa wyśmienita, polonez zatańczony, szampan wypity, życzenia złożone... Było wesoło. Chciałam przeprosić osobę, której w czasie snu dostało się piłeczką – nie w Ciebie celowałam, kimkolwiek byłaś/-eś ;)
W Nowy Rok po 12 wróciliśmy ostatnim rzutem do Zakopanego. Pożegnałam się z Czwórkowiczami i, korzystając z ładnej pogody, podjechałam do Kuźnic i przespacerowałam się na Nosala. Odetchnęłam pełną piersią, spojrzałam na trasy, które w zeszłym roku udało mi się przejść.... Żałuję, że w drodze powrotnej nie zrobiłam zdjęcia pani w kożuchu i kozaczkach, dreptającej po wyślizganym szlaku z dwoma wielkimi drewnianymi drągami. Osobiście patrzyłam z dziką zazdrością na raki jednego z mijanych turystów. Moje małe marzenie... Przed wyjazdem do Krakowa jeszcze spotkałam się z Łapą, który do Gdańska wracał wieczorem. Wysączyliśmy czekoladę z rumem w Piano, pobujaliśmy się na huśtawkach, poplotkowaliśmy i... sayonara. W Krakowie byłam punkt 20. Żadnych korków ani w jedną, ani w drugą stronę.
2012 przywitany w dobrym gronie, z fajnymi ludźmi. Jakie postanowienia? Nic nie postanawiam, bo w ciągu godziny może się okazać, że znów będę przewracać swoje życie do góry nogami. Za to je lubię.
Na koniec kawałek z płyty Medium „Teoria równoległych wszechświatów” – płyty zakatowanej przeze mnie na śmierć. Liroy odchodzi do lamusa, Panowie i Panie, Medium objawia nową markę hip-hopu z kieleckimi korzeniami.
Jagna
piątek, 23 grudnia 2011
Rozmowa Mistrzyni Jagny z Gołębiem
Kiedyś obiecałam koledze Królowi, że stworzę jakiś poemat o gołębiu. Gwoli ścisłości – kolega nie cierpi gołębi za ich snajperski cel. Poemat krótki, niedokończony ze względu na brak czasu i weny do rymów. Jeśli ktoś ma do tego większy talent, proszę o kontynuację ;)
Rozmowa mistrzyni Jagny z gołębiem
Czemu się tak barzo lękasz? Przecaś nie obsrana, w już stękasz! Pana Boga ta rzecz tako nosiła, żeś go o to barzo prosiła, abych cię rozmową uraczył i ramion więcej nie naznaczył. Otóż ci przed tobą stoję, oglądaj z bliska piórka moje. Nad każdym się tak ukażę, każdemu facjatę zmażę. Nie lękaj się tym razem, iż mię widzisz bliskim obrazem. Gdy nadlecę, najmilejsza, k tobie, wtedy ze szczęścia jękniesz sobie. Kupą swą cię łagodnie potraktuję, nawet smrodku nie poczujesz.
Jagna przemówiła temi słowy: Jak to się dzieje, żeś zawsze gotowy do przechodniów obsrywania i błyskawicznego z miejsca zbrodni uciekania? Złapać i dobić ciebie się nie godzi, co by jaki zielony mię nie nachodził. Jak twej kupy uniknąć zatem, przejść spokojnie z czystym kapeluszem i krawatem?
Tak w ogóle – dobrych Świąt Bożego Narodzenia i udanego Sylwestra :)
Jagna
niedziela, 11 grudnia 2011
Cząstkowe spełnienie, czyli jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej
Będzie krótko, bo nie mam siły na dłuższe przemyślenia.
W szerokim skrócie – dwa duże sukcesy: udało mi się zapisać na seminarium magisterskie z literatury współczesnej i dostałam pracę. Seminarium – u doktora, który podobno uwielbia jazz i pozwala na wdrażanie własnych tematów, czyli znajdziemy nić porozumienia. Mniej więcej od lipca mam temat i wizję jego zrealizowania w głowie, powoli zabieram się za pisanie. To będzie dosłownie i w przenośni duża przygoda yntelektualna. Co do pracy – sklep sportowy 4F. Nie jest to wprawdzie F7pro, ale i tak bardzo się cieszę. Dostosowane do moich aktualnych wymagań logistycznych, z fajnymi ludźmi – czego chcieć więcej? :)
Z doświadczenia wiem, że im więcej zajęć, tym lepsza organizacja i mniej lenistwa. Wreszcie czuję, że życie nie przecieka mi przez palce. Co Jagna robiła przed rokiem – szlajała się nocą po lasach z obcymi facetami. Rajdy – fajna sprawa :) Fot. Tomek Siudak
Chciałam jeszcze na koniec napisać rzecz o znakach. Racjonaliści będą się śmiać, ale trudno mi w takie rzeczy nie wierzyć. Albo inaczej – wygodniej jest w nie wierzyć, życie wydaje się lżejsze.
Byłam w domu pod koniec listopada. Patrzyłam na grzbietową mapę Tatr wiszącą nad łóżkiem i zastanawiałam się, czy ją wziąć do Miasta Karków. „E, nie, zostawię, tak ładnie sobie wisi tutaj”, pomyślałam. W nocy mapa się oderwała i spadła na łóżko. Proste – złożyłam i zapakowałam do plecaka. Teraz wisi nad łóżkiem w akademcu :) Drugi przypadek – w środę, tuż po rozmowie kwalifikacyjnej, wracałam z podkrakowskiej Modlniczki na piechotę (tak, tak, zamiast czekać godzinę na autobus :)). Zżerała ciekawość – będę miała tę pracę czy nie? I w trakcie marszu zobaczyłam GÓRY. I to, kurka, Tatry! Pierwszy raz udało mi się je zobaczyć z Krakowa. Co za radość!!! Pomyślałam, że pracę mam jak w banku. To się chyba nazywa myślenie magiczne albo ustawianie podświadomości. Jak zwał, tak zwał. Spełniło się.
Teraz jeszcze jedna sprawa i plan na ten rok będzie wypełniony. Co by nie było, 2011 bardzo udany, pomimo paru gorszych miesięcy. Nie wiem, komu za to dziękować – Bogu? Sobie? Ludziom, którzy stanęli na mojej drodze i każdy dodał tutaj swoją cegiełkę? Chyba wszystkim po trochu. Dziękuję.
A tu klimaty na podsumowanie – Prince i Last December :)
wtorek, 15 listopada 2011
Storczyki kwitną także późną jesienią
Są zdjęcia – z mojej i Wiolinej komórki. Poza tym jak zwykle piosnka na początek – i zapraszam do lektury.
Tegoroczne podsumowanie wolontariatu wypadło na długi weekend. Ostatecznie razem z Wiolandą wylądowałyśmy w Kirach, w Storczyku numer IV. W zasadzie każdej z nas było obojętne, gdzie dostaniemy zakwaterowanie, byle razem. Trochę obaw, bo w Storczykach mieszkały osoby raczej już skumane i mocno zintegrowane. Na szczęście – otwarte na nowe jednostki. A jak to się zaczęło...?
Czwartek
W środę Jasiek zadzwonił z informacją, że jesteśmy razem z Wiolą w Storczyku i możemy przyjeżdżać już w czwartek. Znakomicie, bo w czwartki nie mam zajęć. Do 1 w nocy pakowanie (szło strasznie wolno i dziwnie niezorganizowanie), dwie i pół godziny snu, pobudka, prysznic, kawa i wyjście. 4.40 – mżawka, mgła. Pierwsza myśl – nie ma co liczyć na ładną pogodę w Tatrach. Nic to, jadę na dworzec, kupuję bilet autobusowy i w drogę. Ani na moment nie zasypiam. O 7 Zakopane, bus do Kir, powitanie z Babcią Storczykową, rozładowanie i przeładowanie gratów. Mgła paskudna, ale nie rezygnuję z wycieczki. Cel – Grześ, dalej ewentualnie Rakoń i Wołowiec.
Maszeruję Drogą pod Reglami, skręcam w Dolinę Lejową (bo tam mnie jeszcze nie było, więc musiałam się przejść). Po drodze śniadaniowa buła i herbata. W Chochołowskiej już się przejaśnia, cudowna widoczność. W oddali widzę mój szczyt. Gdzieś przy szałasach sprawdzam zawartość plecaka – i z ust wymyka się brzydkie słowo. Nie wiem, gdzie ja miałam głowę, gdy się pakowałam. Jak ostatnia idiotka przed porządną wyprawą zostawiłam jedzenie na stole. W schronisku kupuję Snicksersa za bajońską sumę 4,50 zł. Z potoku dolewam trochę wody do gorącej herbaty, rozkładam kijaszki – i w górę! Idzie się całkiem nieźle. Gdy wychodzę z kosówki, spełnia się kolejna mała mrzonka – po słowackiej stronie rozciąga się morze chmur z wyspami szczytów. Widok niesamowity. Za parę minut docieram na szczyt – jestem na Grzesiu! W lutym nie dopisała pogoda, ale teraz się udało :) Wyciągam nieszczęsnego batonika, popijam herbatę i pstrykam parę zdjęć. Patrzę tęsknie na Rakonia i Wołowca – ale bez towarzystwa, jedzenia i przy dość późnej godzinie lepiej już schodzić na dół. Tak robię. Spacer przez Chochołowską dłuży się niemożliwie, więc gdy nadjeżdża samochód, robię uśmiech numer 100 i macham ręką. Takim sposobem do Kir wracam z dwoma sympatycznymi ratownikami.
Stanley wrócił w Tatry. Tu: na Grzesiu
Po powrocie szybka chińszczyzna, czekolada i odpływam. Pakuję się do śpiwora i zasypiam. Budzi mnie dopiero pojawienie się nowej lokatorki – Iwony. Z Iwonką szybko znajdujemy wspólny język, a poza tym okazuje się, że mamy sporo wspólnych znajomych. Wieczorem przybywa jeszcze Michał i Ola. Łączymy łóżka w pokoju na dole i śpimy we czwórkę, dzięki czemu jest odrobinę cieplej.
Piątek
– Czeeeeść! – krzyczy ktoś u drzwi. Gramolę się z łóżka. – Wiola! – i za chwilę padamy sobie w ramiona.
Widzimy się pierwszy raz od lipca. Biorąc pod uwagę, że przez parę lat studiowałyśmy razem – ponad cztery miesiące niewidzenia to długo.
Wioland się rozpakowuje, my w tym czasie doprowadzamy się do porządku. Po 10 wychodzimy w teren. W planach Sarnia Skała i o 15 podsumowanie w Centrum Edukacji Przyrodniczej TPN. Wleczemy się tak strasznie wolno, że z Przysłopu Miętusiego idziemy do Doliny Strążyskiej, stąd wchodzimy na Drogę pod Reglami i dalej prosto na rondo kuźnickie. A tam – same znajome twarze. Są prawie wszyscy ci, których poznałam podczas tegorocznych wyjazdów w Tatry. Z naszej wantowej ekipy – ja, Wiola, Jarek i Monika. Brakuje paru głów. Tak czy owak udaje mi się z każdym zamienić kilka słów.
Znajome... :) Oficjalna część podsumowania – opowieść Olgi o wolontariacie w Ugandzie, Jaśkowy bilans prac wolontariuszy, nagrodzenie najbardziej pracowitych i projekcja filmu o życiu zwierząt w Cichej Dolinie. Później maleńkie zakupy i szybki desant ostatnim busem do Kir.
Wiola i Jarek - moi wantowi :)
Nieoficjalna część podsumowania – pobiliśmy rekord. W jednym domku Babcia Storczykowa podobno naliczyła 36 osób (a jest przeznaczony dla pięciu). W trzyosobowym pokoju spałam z ośmioma łebkami. Reszta niech pozostanie tajemnicą :)
Sobota
Budzik dzwoni o 5.30.
– Musimy wstawać...? – pyta zaspanym głosem Wiolanda. – No pewnie! – odpowiadam. – Ale ja bym jeszcze pospała... – No nie, no... No Wiola, wstawaj, no! – szturcham kumpelę. – Jesteśmy w Tatrach i miałybyśmy nigdzie nie iść?!
Na szczęście moja towarzyszka rusza wreszcie cztery litery i ogarnia się. Jarek też wstaje i postanawia iść z nami. Cel dnia – Czerwone Wierchy i Giewont (bo tam też nas jeszcze nie było).
Gdy z Kościeliskiej schodzimy na czerwony szlak, Jarek nagle zawraca. „Cześć!” – i tyle go widzimy. Chyba jednak zdążyłyśmy się przyzwyczaić do jego osobliwości :) Idziemy dalej we dwie. Po drodze mamy okazję zobaczyć czarną wiewiórkę, jednego capa i orła. Gdzieś przed Twardym Grzbietem wyskakuje nam oślepiające słońce.
– Ryczysz? – pytam Wiolę po chwili ciszy. – Noo... – Ja też...
W takich momentach trudno nie buczeć :)
Po krótkiej przerwie wleczemy się na Ciemniaka. Później idzie jak z płatka – na Krzesanicy dołączają do nas dwaj sympatyczni panowie – Artur i Paweł. To kolejne spotkanie z ludźmi gór – kiedy po paru zdaniach wiadomo, że tematów do rozmów jest więcej. We czwórkę idziemy na Małołącznika i Kopę Kondracką. Rozstajemy się dopiero na Kondrackiej Przełęczy. Z Wiolą szybko zdobywamy upragniony Giewont. No bo co – tyle szlaków obskoczyłyśmy, zdobyłyśmy bardziej okazałe szczyty, a na Giewoncie nie byłyśmy? Wstyd! Pomimo tłumów skubaniec ma w sobie jakiś urok – i temu zaprzeczyć się nie da. Widoki z Krzesanicy Ze szczytu schodzimy żółtym szlakiem do Doliny Małej Łąki. Cały czas buzie nam się nie zamykają – nie możemy się nagadać. Tam nagadać – naśpiewać! Do wspólnego repertuaru wchodzi m.in. „In the jungle” i „Duloc wita was” :)
Mamy przy tym dzikiego farta. W drodze prosimy schodzących tuż za nami panów o zrobienie zdjęcia. Komórką, no bo czym innym? Patrzę zazdrośnie na lustrzankę jednego z nich. – Ale jakość to będziecie mieć kiepską – mówi tenże. Uśmiecham się więc czarująco i pytam o możliwość zrobienia zdjęcia TYM sprzętem. Za chwilę mamy pstrykniętą fotę „profesjonalną”. Później, doczytując listopadowy "n.p.m." i kojarząc parę faktów, wychwycę, że naszym dobroczyńcą był fotograf lipcowej wyprawy na Spitsbergen. Mamy wielkie szczęście i zaszczyt! :)
Na Giewoncie szaleńców nie brak
Już przy Drodze pod Reglami ściemnia się. Wyjmuję czołówkę, ale jeszcze podczas marszu na moment ją wyłączam. Złoty księżyc zawieszony nisko nad Zakopanem wygląda jak gigantyczna latarnia.
W Storczyku jesteśmy po 17. Ponad dziesięć godzin marszu – to oznacza, że dalej możemy nazywać się harpagankami.
Po kolacji i grzańcu znów odpływam. Zbieram się w sobie i nie zostaję już na posiadówce – idę spać. I to jest bardzo zła decyzja, bo tego wieczoru odbywają się głośne hulanki i swawole. Rano będę bardzo żałować, że w nich nie uczestniczyłam. Mea culpa!
Niedziela
Miała być Smocza Jama, miał być Wąwóz Kraków, a wyszło obijańsko pod domkiem. Piękna pogoda, słonecznie, a my siedziałyśmy nad Kirową Wodą, jadłyśmy, piłyśmy herbatę i robiłyśmy sesję. Jeszcze na moment wstąpiła do nas Karolina, później Jasiek, następnie pakowanie i pożegnania...
Storczyk IV
W autobusie jadącym przez Kraków do Kielc spotkałam Matkę Dyrektorkę – co za radość! :) Nie udało nam się spotkać w piątek, ale przed nami długa droga na zakorkowanej na amen Zakopiance. Plotki, śmichy-chichy...
I Kraków. Trzeba wysiadać i kontynuować to, co zaczęte przed wyjazdem. Bez żalów i tęsknot. Już wiem, że Tatry w tym roku na dobre zadomowiły się w moim sercu. Tam jest moje miejsce – i tam będę wracać aż do momentu, gdy osiądę na stałe.
Na koniec – podziękowania dla wszystkich osób, które spotkałam na podsumowaniu, w tym: – Jaśka – za kapitalną organizację; – Wiolandki – za najlepsze pod słońcem towarzystwo, nie tylko w górach :) – Iwonki – za wartościowe rozmowy i ogromną życzliwość; – Michała – za przykrycie mnie kołdrą ;) – Madzi – za Mleczny Start i pyszne ciasto; – Artura i Pawła – za wspaniałe towarzystwo, ciekawe pogawędki, Corny, rewelacyjną herbatę i podkładki do siedzenia :D – i innych, których poznałam, a których nie wymieniłam.
Dzięki i do zobaczenia!
A na wolontariacie było tak :)
Ps. Zgodnie z obietnicą zamieszczam przepis na jagienkową herbatę (all rights reserved!!!).
Wersja skromna: Do herbaty (obojętnie jakiej) dodać parę kropel amolu, posłodzić, wsypać szczyptę cynamonu – gotowe.
Wersja burżujska: Jak powyżej, z tym że zamiast cukru do słodzenia dajemy łyżkę miodu. Do tego sok malinowy, najlepiej domowej roboty, choć może być i „kupny”; szczypta imbiru, dwa goździki. Gotowe!
Dla tych, którzy lubią jeszcze bardziej exclusive, można dodać parę listków mięty. Wszelkie kombinacje dozwolone :)
Ps2. Moja recenzja płyty Poluzjantów wygrała. Idę w piątek na koncert i turlam się ze szczęścia :)
niedziela, 06 listopada 2011
Miasto Karków – odsłona druga. Rozdwojenie, czyli to tu, to tam
Godzina 2 w nocy. Wracam do akademika, cichutko przemykam schodami i skręcam w korytarz. – A wy co tu robicie? – pytam I. i M. siedzących z rozanielonymi wyrazami twarzy. – Walczymy... – odpowiada I., po czym zanosi się chichotem.
Faktycznie, obok M. rumianego jak krasnal ogrodowy stoi resztka Żubrówki i sok. No tak. Zabieram im „picie” do pokoju i każę się zapakować do środka. Na łóżku I. leży trzeci baranek – napruty jak Messerschmitt. I. podczas mycia zębów dostaje ataku śmiechu. M. doprowadza się do stanu gotowości do snu. Ładują się pod kołdry i po chwili chrapią. Uchylam okno – żebyśmy rano nie ukisili się w meliniarskich aromatach. Ech, wojaki Szwejki ;)
Każdy musi przeżyć własne alkoholowe wzloty i upadki – żeby poznać swoje możliwości; żeby poczuć ten zew wolności i późniejsze Królewskie Abrakadabra Czachy; pomyśleć „A jednak nie jestem taki silny”, palnąć parę głupot, będąc nie-w-stanie, i wiele, wiele innych. Zawsze bardzo mnie dziwiło, że do końca szkoły żadna polonistka nie wspomniała nawet słowem o alkoholowych perturbacjach naszych literackich mistrzów – ani o tym, że połowa dzieł była napisana pod wpływem wspomagaczy. Jakby to było takie nieludzkie. Że niby zdeprawowałoby młodzież? Młodzieży nikt nie upilnuje, jeśli ona sama tego nie zrobi – i to jest prawda stara jak świat.
Mieszkam sobie dalej w akademikowym, przytulnym pokoju, śmieję się, obserwując moje współlokatorki, i patrzę na ludzi w Mieście Karków. W dalszym ciągu zadziwia mnie parę rzeczy – ale przed tym ktoś już mnie przestrzegał. Zaskakują tłoki w tramwajach – przy drzwiach, bo krok w głąb i robi się przestronniej. Pasażerowie namiętnie tłoczą się u wejścia, jakby zaraz miał nastąpić wypadek (tfu, tfu!). Gdy już uda się przepchnąć przez ten tłumek, można bez problemu znaleźć wolne miejsce.
O gołębiach-obsrajuchach napiszę kiedy indziej, bo to jest temat-rzeka – tylko formę odpowiednią trzeba znaleźć, żeby nie powtarzać się po innych przyjezdnych. Co jeszcze?
Dom.
Pierwszy zjazd do domu trwał ponad dwa dni – szczelnie wypełnione bojowymi zadaniami. Zdarzało się parę razy, że stałam na środku pokoju, wszędzie walały się ciuchy i rzeczy do zostawienia/wzięcia, a ja gapiłam się w okno i zastanawiałam, co zrobić. Nie ogarniam. To samo było podczas Wszystkich Świętych. Dla mnie to zawsze taki czas, gdy zwalniam. Idę na długi spacer po Bodzentynie, odwiedzam ruiny zamku, siaduję nad Psarką, szwendam się po polach, leniuchuję na hamaku... I nagle przyjechałam do B. i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Był spacer po sadzie, były jabłka prosto z drzewa, było wieczorne, przedzaduszkowe wyjście na cmentarz, ale jakoś nie odnalazłam się w tym wszystkim. Czegoś brakowało. Z niecierpliwością wyczekiwałam powrotu do Krakowa.
Klimaty
Ostatni wieczór w domu siedziałam z Matką Rodzicielką – rozwiązywałyśmy krzyżówki i sudoku. Czy komuś zdarza się jeszcze robić takie rzeczy z rodziną? Dla mnie, obok tych rozmów „przy okazji”, czyli podczas codziennych zajęć w stylu gotowania czy sprzątania, takie chwile są kwintesencją rodzinności. Uwielbiam siedzieć w pokoju razem z Mamą i Braciakiem, gdy każde sobie czyta, wyłapuje jakieś interesujące rzeczy i się nimi dzieli. Szkoda, że tak rzadko nam się zdarzają te momenty. Niemniej gdy tak siedziałyśmy z Mamą, pomyślałam, że jednak zostałabym w domu. Ale cóż – rano trzeba było wracać.
Szeleściście po liściach
Od czwartku czynnie uczestniczyłam w Targach Książki. Naprzeciwko swojej „bazy” miałam stoisko Anabasis z wznowioną publikacją „Krakowa dla początkujących” Leszka Mazana. Powiem szczerze, że wszyscy z naszego stoiska, jak jeden mąż, chichraliśmy się przy ilustracjach Andrzeja Mleczki i komentarzach samego autora. Polecam – przewodnik w nieoficjalnym tonie, napisany przez krakusa, ale z dystansem. Tu wyjątek znaleziony w sieci:
Więcej takich perełek tutaj
Na koniec – bo mnie ogarniają jakieś nostalgie i melancholie – niezawodny Grześ Turnau. I żeby nie było – słuchałam go wcześniej, przed wyjazdem do Miasta Karków :)
piątek, 14 października 2011
Miasto Karków – odsłona pierwsza
Znów standardowy problem – nie wiadomo, od czego zacząć.
Może od tego, że dziś, po około dwóch tygodniach dostałam zieloną kartę stwierdzającą uczelniane obywatelstwo. Zasada jest prosta – masz zieloną kartę, idziesz z nią do punktu MPK, doładowujesz i jeździsz jedną linią przez miesiąc (oczywiście jest więcej możliwości). Radośnie, bo wreszcie mogę kursować na okienkach z uczelni do akademika. Trasa jest zacna – z Kazimierza jadę obok Łołelu, przecinam stare miasto i mknę (o ile tramwajem można mknąć) na Podchorążych. W zeszłym tygodniu, przy iście letniej pogodzie uskuteczniałam piesze wyprawy. Teraz aura się popsuła, legitymacja się pojawiła i zrezygnowałam ze spacerów.
Tyle tytułem wstępu, aczkolwiek o komunikacji jeszcze nieraz wspomnę.
Fajne foto, co? Mnie też się podoba. Tylko autor nieznany. Znalezione tutaj
Akademik
Gdy składałam podanie o akademik, po cichu sobie myślałam: „Fajnie by było kiedyś pomieszkać na Kazimierzu”. TYLKO myślałam. Brałam pod uwagę bajońskie sumy wydawane zimą na ogrzewanie na stancjach, co nie było równoznaczne z przytulnymi i ciepłymi pokoikami. Zaskoczenie i duuuży uśmiech na twarzy, gdy dowiedziałam się o lokalizacji Zaułka. Wisła tuż obok (mam nadzieję, że mnie nigdy nie zaleje), na rynek 10 minut szybkiego marszu, tyle samo czasu na magiczne Podgórze. Ostatnio się tam wybrałam – i to był trochę inny Kraków. Też zabytkowe kamieniczki, parki itd., ale turystów raczej się nie spotka.
Pokój akademikowy – przestronny, żółty (!), z maleńkim balkonikiem. Widok z okna na... przedszkole. Prowadzone przez zakonnice. Pierwsza impreza, jaką tutaj zobaczyłam, odbywała się w przedszkolnym ogródku i była bardzo głośna. Pachniało grillowaną kiełbachą, zakonnice z dzieciakami tańczyły w kółkach. Moje współlokatorki z powodu maluchów mają obiekcje w związku z fajczeniem na balkonie.
Właśnie. Współlokatorki. Jako że w każdej chwili mogą wpaść na bloga i go zrepetować, napiszę o nich w samych superlatywach ;) Dwie młodsze o cztery lata, beskidzkie dziewczyny. Myślę, że lepiej trafić nie mogłam. Jest wesoło, w większości spraw nie mamy problemów z dogadaniem się... No, może poza śmieciami i zamiataniem. Okazuje się, że kosz napełnia się z prędkością światła i gdybyśmy czekały, aż sam wyjdzie, pozostawiłby pewnie za sobą swądek długowieczności :) Czyli, ku naszemu rozczarowaniu, śmieci nie wychodzą same. Trzeba im pomóc. Podłoga... no cóż, trzy długowłose dziewczyny mogłyby z powodzeniem po paru tygodniach wyhodować dywan. Ale jak na razie system dyżurów się sprawdza.
Uczelnia
O uczelni na razie zdążyłam się dowiedzieć, że działa na zasadzie chaosu. Ale, jak wiadomo, i w chaosie na wszystko znajdzie się miejsce. Jak wspomniałam na początku, dopiero dziś dostałam legitymację. Do tej pory nie mogłam ubiegać się o żadne zaświadczenia, karty biblioteczne, no i oczywiście bilet miesięczny. Od przyszłego tygodnia jednak zabieram się za papierologię.
Grupa – na etapie poznawania. Na pewno można sobie pozwolić na dyskusje, za którymi tęskniłam przez ostatni rok. Do tej pory jednostki nastawione przyjaźnie i pomocnie, choć z biegiem czasu pewnie znajdą się i szczurki. Do ocen jeszcze mi się nie spieszy. Zapowiada się nadrabianie z przedmiotów specjalnościowych – ale jakoś dziwnie się na to cieszę. Historię jeżyka polskiego mam zaliczoną na wstępie (hura!), za to z obiema metodologiami będę musiała się jeszcze pomęczyć. Zważywszy, że literaturoznawczą mam z prof. Bauerem, nie narzekam :) No i... chyba już po dwóch tygodniach mogę powiedzieć, że widzę różnicę w prowadzeniu zajęć – i to dużą. Tyle o uczelni.
Towarzysko
Pierwsze spazieren gehen do miasteczka AGH – i dostałam rozstroju oczu (można czegoś takiego dostać? :)). Jest czymś niesamowitym i prawie egzotycznym wyskoczyć z kieleckiej polonistyki i pojawić się w Mieście Mężczyzn. Dodajmy – mieście samonapędzającym się. Zastanawiam się, jaki ma dzienny utarg miejscowy Lewiatan. Wieczorne wychodne – na tygodniu czy podczas weekendu – w miasteczku przypomina juwenalia. Jedna wielka imprezownia.
Miasto Karków ma jedną, wielką zaletę. Ludzie z całej Polski lubią tu czasem zajrzeć. Dzięki temu mam okazję spotkać się z osobami, którym pewnie nie chciałoby się zjechać do Kielc.
Kielce... Czy tęsknię? Ani trochę. Za tydzień pierwszy zjazd do domu. Brakuje mi jedynie rozmów z Matką Rodzicielką i Braciakiem, z którym notabene nie będę się widziała dwa miesiące – wszystko z powodu rozjazdów. Chciałabym wreszcie z Wiolandą klapnąć i oplotkować nasze lipcowe Tatry i inne ważne wydarzenia, pośmiać się z Panią Kaśką z tępej i podlizującej się Galerii Krakowskiej... Czyli brakuje mi paru osób. I moich świętokrzyskich pagórków. Dobrze, że jeszcze we wrześniu wyszliśmy rodzinnie na porządną wycieczkę.
Mogłabym tak jeszcze pisać bez końca. Sporo myśli przewija się przez głowę... ale i na nie przyjdzie pora. Na koniec – "Ocean wolnego czasu", co by tradycji stało się zadość ;)
Jagna
wtorek, 20 września 2011
Zabąbelkowana z radości
Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa. Parę razy w tym roku zdarzało mi się piszczeć i skakać z radości, ale ani razu się nie poryczałam. Dziś, po paru godzinach oczekiwania, stu razach klikania "Odśwież", wydłużającej się wizycie u lekarza i popołudniowym powrocie do domu popłakałam się. Ze szczęścia. Dostałam się na studia do Krakowa. Już nie chodzi o magiczne miasto studentów, nie chodzi nawet o uczelnię (chociaż specjalizacja to strzał w dziesiątkę – przynajmniej z brzmienia), ale głównie o to, że wybędę z domu i wreszcie zacznę samodzielne życie. Będzie trudno, to wiem na pewno. Jeśli komuś się wydaje, że zachowuję się tak, jakbym złapała Pana Boga za nogi, to niech wie, że mam świadomość, że Bogu czasem się zapomina umyć stopy. Ale martwić zamierzam się dopiero jutro. Dzisiaj przyswajam procenty, słucham i piszę. I uśmiecham się, i robią mi się kurze łapki. Słowo do Pani Kaśki - dzięki za współstres :)
Spotkania z Filmem Górskim wyszły bardzo dobrze. Było dużo pracy, śmiechu, fajnych ludzi i nowych doświadczeń. Wracałam do Kielc mega zadowolona. To z pewnością początek współpracy, a nie jednorazowa sprawa. Buziaki i pozdrowiska dla całej ekipy wolontariuszy pod wodzą Marcina Łapińskiego :) I dla organizatorów – dzięki za całą imprezę.
Wklejam na koniec kawałek Jamiroquai. Cztery lata temu wracałam z Krakowa, delikatnie powiedziawszy, odpulona. Z discmana sączyła się muzyka Jaya i spółki. Malwa, pamiętasz to? Dzięki, że przy mnie byłaś. Wczoraj znów słuchałam Brytyjczyków. Ładna klamra, co? ;)
Wracam do pisania – tym razem o wampirach. Cóż, klient – nasz pan :P
Zabąbelkowana na amen Jagna
|
Archiwum
O autorze
Zakładki:
Tagi
|